Rezcenzje

Jedna razy siedem równa się jedna


Kieszonkowa rewia słowno-muzyczna “Różowe konie” – stary numer teatralny, bez mała odwieczny. Szybkie przebieranki. Ktoś, postać jakaś jest na scenie, po czym pstryk – i już mamy kogoś innego. Kilka kostiumów, kilka fryzur, kilka typów kobiecych, kilka temperamentów, mądrości, naiwności, głupot, śmieszności, małych smutków, jeszcze mniejszych radości i co tam jeszcze chcecie. Zawiadowczyni Urzędu Stanu Cywilnego – rozszczebiotana paniusia w postnej niebieskiej sukni. Lekko trącona kłem czasu panna młoda, w ślubnej kreacji dekorowanej czymś na podobieństwo piłeczek pingpongowych, nanizanych na białe sznurki, plus trzy ptaszki z bibuły, dyndające na drutach wbitych w koafiurę. Jakaś gwiazda, już trochę wyblakła, okutana szalem udającym skórę któregoś z cętkowanych kotów drapieżnych i dla wzmożenia salonowego efektu krasząca polszczyznę francuskimi słówkami. Jakaś nieudolna wielbicielka tanga – muzyki namiętności – pląsająca w czarnej sukni i z czerwonym tekturowym stożkiem na głowie. Jakaś stara rezydentka wszystkich wesel w mieście, strój roboczy – cekinowe szaty, dekoracja fryzury – kieliszek do szampana. Jakaś ciotka, co ma duże problemy z nadwagą, ale za to nie ma problemów z sianiem defetyzmu, że mianowicie wesele w rodzinie znów wypadnie kiepsko, stara wyjadaczka wam to mówi. Wreszcie, na finał, dla zachowania swoistej symetrii, też trywialnie rozszczebiotana też zawiadowczyni, lecz pogrzebów - udekorowana garścią przywiędniętych liści, uśmiecha się nad trupami. To jest do dyspozycji – takie indywidua wiszą na wieszakach w damskiej garderobie. To zwyczajna rzecz. W garderobie siedzi tylko jedna aktorka. To też jest normalne. Jeden artysta, jedna artystka - na pstryknięcia staje się wieloma postaciami. Tak, to jest stary numer teatralny. Ale też równie stara jest jego istota. Chodzi o pytanie: kto żongluje maskami, kto się przebiera w cudze szaty i namiętności. Właśnie. Klasa, lekkość alchemii żonglowania zależy od klasy żonglera. W “Różowych koniach” żongluje Aldona Jankowska. Czyli co? Czyli kończy się wszelka dyskusja. Zostaje prestidigitatorstwo radosne i niekończący się śmiech na jego widok. Po prostu - trzeba siedzieć cicho i gapić się na Jankowskiej niepowtarzalny sposób bycia na scenie. Koniec, kropka. Nie każdy może być żonglerem – ona zdaje się być stworzona do żonglerki. Jej szybkie wsuwanie się w cudze temperamenty, w intonacje, gesty, mimikę - jest doskonale miękkie, niezauważalne. Jej, by użyć ryzykownego obrazka, przejście po karkach siedmiu różnych bab – to lekkie przejście po maśle. I coś jeszcze - rzecz fundamentalna. Daniel Olbrychski uczy, że aktorstwo to bycie sobą na zadany temat. Czyli nie jest to bycie wyłącznie tematem zadanym. Otóż – Jankowska nigdy do końca nie niknie w cudzych istnieniach. Nie widzi powodu, by nie być Jankowską. Siedem bab przez nią granych na pstryknięcie – to coś jak wspomniane piłeczki pingpongowe, nanizane na jedną nić osobowości scenicznej. I tyle. Nic więcej nie zostało do powiedzenia. Bycie aktorem, to bycie sobą na zadany temat – czyli Aldoną Jankowską w “Różowych koniach”. Amen.

Paweł Głowacki
Dziennik Polski -Wyznania szczerego entuzjastu teatru

Świetny antydepresant

 

Idąc do Groteski na prapremierę spektaklu "Różowe konie. Rewia kieszonkowa. Aldona Jankowska przedstawia" zastanawiałam się, czy tytułowe różowe rumaki naprawdę istnieją i czy zobaczę je na scenie.


Różowy koń był, a jakże. Ni stąd ni zowąd stała się nim sama Jankowska. Ale nie tak od razu. Najpierw rzeczowa i raczej mało romantyczna urzędniczka Urzędu Stanu Cywilnego, w którą wcieliła się mistrzyni parodii z "Rozmów w tłoku" Szymona Majewskiego, nie szczędziła słów krytycznych dla instytucji małżeństwa. Następnie poinfomowała, że różowe koniki, którymi przyjechali nowożeńcy, narobiły pod urzędem i ktoś musi to sprzątnąć.

Dalej Jankowska wcielała się w kolejne typy prezentowane w spektaklu. A to grała praktyczną pannę młodą w sukni z ping-pongów, a to znów szefową zakładu pogrzebowego. W każdej z tych ról swoją ostrą satyrą, doprawioną megadawką humoru, wzbudzała aplauz publiczności.

Nie oszczędziła nawet Krakowa. Jedno z jej wcieleń, takie z wytapirowanymi włosami, odziane
w fioletową sukienkę, która za nic nie była w stanie pomieścić nader obfitego ciałka, skrytykowało nasz gród, w którym jest stanowczo za dużo poetów. Dostało się nawet oscypkom na Kleparzu.

Terapię antymelancholijną, jaką są "Różowe konie" w wykonaniu Jankowskiej, polecam wszystkim, którzy mają nie najlepszy humor. To działa

Joanna Weryńska
Polska Gazeta Krakowska
3 grudnia 2008
.

"Miała być rewia, co prawda kieszonkowa, ale zawsze!
Miały być konie i to różowe!
A przede wszystkim miał być ubaw po pachy. I był.

Aldonę Jankowską pamiętamy przede wszystkim z telewizji. Od kilku lat zastępuje nam a to Danutę Hojarską, a to Zytę Gilowską, Annę Fotygę czy Supernianię. Na scenie czuje się jak ryba w wodzie. Przywdziewa obcisłą kieckę albo urzędniczy mundur czy panterkę, nie mówiąc już o gustownym pantofelku... na głowie i zaczyna rozmowę z publicznością, która jakże żywo reaguje na zaczepki (sama zaczęłam być czujna, bo może i ze mną Jankowska zacznie eksperymentować). Występ jest wzorowany na stand-up comedy przygotowywanych przez komików amerykańskich. Wymaga od aktora niezwykłej sprawności, a z drugiej strony umiejętności improwizacji i bezpośredniego kontaktu z widzem. Lubimy jak ktoś z nami - publicznością - rozmawia, bo możemy współtworzyć show. A najbardziej nam się podoba, że możemy się spokojnie i z dystansem pośmiać z samych siebie. No więc zaśmiewamy się z weselnych podrygów, ciotek klotek, a nawet z pogrzebów. Ale tylko po to, by w finale przekonać się, ze tak naprawdę ważna jest miłość.
Pełna sala, dostawiane krzesła, na koniec kilka bisowych ukłonów. A zatem krakowska publiczność takie występy lubi i docenia. A jak się ją dopieści jakimś typowo krakowskim żarcikiem, dotyczącym na przykład oscypków na Kleparzu - to już jest cud, miód."


Agata Leja
Miesiąc w Krakowie
Marzec 2009r.